sobota, 24 września 2011

Rozdział II Nowe życie


Znajdowałam się na polanie, łagodny wietrzyk otulał moja twarz morską bryzą. Przede mną rozlewał się przepiękny błękit morza, a za mną góry sięgające nieba. Trawa delikatnie muskała moje gołe nogi. Miałam na sobie krótką sukienkę beżowego koloru. Wokół rosło wiele kwiatów. Niedaleko mnie płyną strumyczek, szemrząc uspokajającą melodię. Słońce rozgrzewało moją skórę. Uniosłam brodę ku niemu z zamkniętymi oczami i zaczęłam upajać się tą chwilą, było tak magicznie.
- Ah… - wydałam z siebie ciche westchnienie. Poczułam, że się uśmiecham. Ależ tu cudownie.
- Roza, chodź do nas- usłyszałam za sobą głos. Otworzyłam oczy i spojrzałam za siebie. Przede mną siedziała na polanie dwójka nieznajomych mi osób. Mężczyzna o czarnych jak noc włosach i ciemnych niebieskich oczach, ubrany w jasne rybaczki i beżową koszulę. Siedział obok przepięknej kobiety. Mieniące się w blasku słońca kruczoczarne włosy, sięgające do pasa, kontrastowały z jej jasną cerą. Oraz błękitne oczy. Tak bardzo mi znajome… Była ubrana w długą sukienkę. Kobieta poklepała miejsce obok siebie nie przestając się uśmiechać. Jej wzrok był skierowany nie na mnie, lecz trochę w bok. Podążyłam w kierunku, w którym patrzyła. Zobaczyłam malutką dziewczynkę biegnąca w ich stronę. Jej włosy podskakiwały wraz z nią, a jej niebieska sukieneczka powiewała na wietrze. Mama rozłożyła ręce, a dziewczynka wtuliła się w jej objęcia. Mężczyzna prawą ręką trzymał kobietę w talii, a drugą głaskał malucha po głowie. Nie mogłam przestać patrzeć na tę cudowną chwilę rodzinną.
- Roza, mam dla ciebie prezent. – odrzekła kobieta
- Oh ! Naprawdę ? Co to takiego ?- dziewczynka zaczęła się wiercić z podniecenia. Kobieta zabrała ręce od dziewczynki i skierowała je w kierunku szyi. Zauważyła, że ma na sobie piękny, srebrny naszyjnik. Na nim wisiała diamentowa róża, zrobiona z kamieni górskich, a pod nią srebrzysty półksiężyc. Moja dłoń pobiegła w kierunku mojego amuletu, którego dostałam na swoje piąte urodziny. Były identyczne. Zaczęłam czuć w sobie pulsującą krew.
- Proszę, wydaje mi się, że możesz już go nosić. – odpowiedziała kobieta, zakładając dziewczynce naszyjnik.
- Jesteś wystarczająco duża by go mieć – odpowiedział mężczyzna lekko czochrając brzdąca
- Ah ! Jest cudowny ! – przytuliła się do rodziców – Kocham was ! Nie wiem jak mogłabym bez was żyć !
- A my bez ciebie. – odpowiedziała matka z miłością w głosie – Nie wiesz jak bardzo cię kochamy. Po tym pocałowała malucha w czoło i przytuliła się do mężczyzny z dzieckiem. Nagle wszystko znikło. Byłam skulona w kącie, jakiegoś małego pokoju. Gdzie ja jestem ? Co się stało ? Tak bardzo się boję. Ale czego ? Zaczęłam się rozglądać po pokoju. Co się tu dzieje ? Mój wzrok spoczął na ciemnym zakamarku pokoju, naprzeciwko mnie. Coś tam było. Tylko co ? Poczułam, ze przyśpiesza mi oddech. Czułam jak na karku zbierał mi się zimny pot. Palce zwinęłam w pięści. Zauważyła, że coś poruszyło się w cieniu. Szło w moją stronę. Usłyszałam głośny warkot i błysk białych zębów. Wstrzymałam oddech. Czułam, że serce wyleci mi zaraz z klatki piersiowej. Coraz ciężej oddychałam. W ciemności zajarzyły się krwisto czerwone oczy. Krew… wszędzie była krew… spojrzałam na ręce, całe we krwi. Nie ! Nie ! To nie może być prawda ! Odejdź ! Zostaw mnie !
Obudziłam się z krzykiem. Byłam cała mokra od potu. Ciężko dyszałam, jak bym właśnie przebiegła maraton. Ręce mi się trzęsły. Sięgnęłam w kierunku znamienia na czole, nie wiem dlaczego, ale zawsze w tym miejscu moje ciało było chłodniejsze od reszty. Spróbowałam się trochę uspokoić. Gdy oddech powoli wracał, rękę opuściłam lekko w dół i spoczęła na wisiorku. Zamknęłam oczy. Co to miało być ? Wzięłam głębszy oddech by się uspokoić.
- Spokojnie to tylko sen… - szepnęłam sama do siebie, jak by miało mi to pomóc. Gdy otworzyłam oczy znów krew w żyłach zaczęła szybciej pulsować. To nie był mój pokój. Gdzie ja jestem ? Po chwili wszystko sobie przypomniałam. Nieznajomych, pożar, martwe ciała rodziców, czerwone oczy, gniew, strach, okropny ból w nodze. Odrzuciłam kołdrę i podążyłam dłonią w kierunku kostki. Zatrzymałam się w miejscu, gdzie wcześniej sączyła się krew, teraz była tam malutka, prawie niewidzialna linia. Patrzyłam z niedowierzeniem na różową kreseczkę na mojej nodze. Przeciągałam palcami w tą i powrotem. Dopiero później zauważyłam, że jestem ubrana w skromną, szarą , dwuczęściową piżamę. Automatycznie przyciągnęłam skrzyżowane ręce na piersi. Gdzie są moje rzeczy ? Zaczęłam się rozglądać po pokoju. Dobrze, że była pełnia księżyca, bo inaczej nic bym nie zauważyła. Spróbowałam wstać. Ledwo co się podniosłam, a cały świat wokół mnie zawirował. Musiałam podtrzymać się ramy lóżka, bo inaczej runęłabym na ziemie. Spojrzałam na kostkę. Nic nie bolało. Powstrzymałam się przed kolejnym dotykiem w niesamowitą różową linię. Spróbowałam się wyprostować. Zawroty głowy już prawie minęły. Dopiero teraz zaczęła do mnie docierać sytuacja w jakiej się znajduję. Po plecach przeszedł mnie dreszcz. Muszę się szybo wydostać. Ale jak ? Zaczęłam panicznie szukać drogi ucieczki. Okno ! Szybko podbiegłam niego. Szukałam miejsca gdzie powinna być klamka, ale trafiłam tylko na trzy dziurawe miejsca. Cholera ! Nie ma klamek ! Zaczęłam się rozglądać. Dojrzałam stojące krzesło w rogu pokoju. Tak ! Wybiję je ! Nadal jest szansa, że stąd ucieknę ! Już prawie trzymałam je w rękach, gdy kontem oka zauważyłam, że w drugim końcu pokoju jest ktoś jeszcze. Serce zabiło mi mocniej. Oddech znów zaczynał mi przyśpieszać, a ręce zaczęły się pocić. Postać zauważyła, że patrzę w jej kierunku i zrobiła krok do przodu, ja krok do tyłu bojąc się, że zaraz się na mnie rzuci. Kto to może być ? Może przyszli dokończyć, to co zaczęli ? Ale po co wtedy leczyli by moje rany ? Po co trzymaliby mnie jeszcze przy życiu, jeżeli mogli pozwolić tej kobiecie rozszarpać mnie na strzępy ?Przypomniałam sobie scenę pod drzewem. Po plecach przeszedł mnie dreszcz na tamto wspomnienie. Postać zrobiła kolejny krok. Z mroku wyłoniła się twarz Damiena. Wstrzymałam oddech. Był taki cudowny. Blask księżyca kontrastował się z jego bladą skórą. A czarne rozwichrzone włosy pasowały do nocnego nieba. Oczy świeciły mu się niczym gwiazdy. Był idealny. Jego twarz nic nie wyrażała. Szerokie ramiona dodawały mu siły. Patrzyłam jak się do mnie zbliża. Stanął może z trzy kroki przed de mną. Wpatrywaliśmy się w siebie przez dłuższą chwilę. Moje usta zadrżały. Było jedno pytanie, które chciałam mu zadać. Poczułam, że łzy napływają mi do oczu.
- Dlaczego ? - spytałam się cichym, łamiącym się głosem. Nie odpowiedział. Cisza. Spróbowałam jeszcze raz – Dlaczego zabiłeś moich rodziców ? Co mi ci takiego zrobiliśmy ?! – nie mogłam patrzeć dłużej w jego oczy. Wzrok utkwiłam w panelowej podłodze. Łzy spływały mi po policzkach. Milczał. Ręce zacisnęłam w pięści tak mocno, że pobielały mi w kłykciach. Podniosłam wzrok pełen furii. - Dlaczego i mnie nie zabiłeś ?! – cała się trzęsłam, nie wiem czy to z zimna, czy to raczej z emocji, których teraz miałam w sobie tak dużo. Zobaczyłam, że drgną. Była to dosłownie chwila, ale zaraz powrócił do swojej maski. Lekko przymrużyłam oczy- Dlaczego nie zabiłeś mnie wtedy w pokoju kiedy miałeś szansę ?! Dlaczego nie pozwoliłeś mi się wykrwawić na śmierć ?! Dlaczego nie pozwoliłeś by tamta kobieta rozszarpała mnie na strzępy ?! – zrobiłam dwa kroki do przodu i uderzyłam go pięścią w tors – Dlaczego ?! – na tym ostatnim słowie głos całkowicie mi się załamał. Teraz już nie powstrzymywałam łez. Niech wie jak bardzo mnie zranił. W jego oczach można było dostrzec zaskoczenie oraz… żal ? Smutek ? Trudno mi było to określić. Widziałam, że zmaga się ze swoimi emocjami. Zastanawia się co powiedzieć.
- Nie chciałem cię stracić – powiedział to tak cicho, że nawet ja ledwo to usłyszałam. W jego głosie było tyle smutku. Delikatnie chwycił za moją dłoń, która opierała się o jego pierś. Byłam zszokowana. Co miał na myśli ?
- Co chcesz przez to powiedzieć ?- spytałam. Czułam jak serce mi przyśpiesza.
- Nie chciałem… Nie chciałem by tak się sprawy potoczyły. Mieliśmy tylko przeczekać burzę, a później odjechać bez żadnych kłopotów. Nie chciałem robić ci krzywdy. Drugą ręką dotknął mojego lewego policzka – Nie pozwoliłbym na to. – byłam w szoku, nie wiedziałam czy to z tego powodu, że mówił, że to było małe nieporozumienie, czy to raczej z tego powodu, że trzymał swoją dłoń na moim policzku ? Potrząsnęłam przecząco głową i odepchnęłam jego rękę z mojej twarzy. Cofnęłam się o dwa kroki, zabierając swoją dłoń z jego piersi. Nie chciałam by cokolwiek mnie rozpraszało. Znów poczułam w sobie furię.
- Jak widać nie udało ci się. Wolałabym już być rozszarpaną i umrzeć z godnością, niż siedzieć tu i modlić się czy to będzie mój ostatni dzień oraz być tu zamkniętą jak więzień ! – zmrużył oczy, za z jego gardła wydał się warkot. Ruszył w kierunku mnie z taką prędkością, że nie wiedziałam kiedy przypilił mnie do ściany. Uderzyłam z nią dużą siłą, ale nie zrobił mi żadnej krzywdy. Trzymał mnie za ręcę. Opierał je o ścianę na linii mojej głowy. Czułam jego ciało wszędzie. Czułam jego napięte mięśnie. – Nie masz pojęcia o czym mówisz – powiedział przez zaciśnięte zęby. Jego oczy były przepełnione furią. – Nie po to cię stamtąd zabrałam byś mówiła mi o takich rzeczach. – czułam na swojej skórze jego oddech. Nasze twarze dzieliły centymetry. Otworzył usta by coś jeszcze powiedzieć, ale przeszkodziło mu pukanie do drzwi. Zaraz po tym wszedł mężczyzna. Miał brązowe włosy, które były na długość brody, lekko kręcone. Oraz ciemne oczy… Czy tu każdy takie miał ? Dobrze zbudowany, oraz wysoki, jedyno co go odróżniało od pozostałych to była oliwkowa cera. Ubrany był w czarny T-shirt oraz sprane jeansy. Jedną rękę trzymał w kieszeni spodni, a drugą trzymał klamkę drzwi.
- Przepraszam, ze przeszkadzam, ale kolacja jest już gotowa. Wszyscy już na ciebie czekają – jego głos był niski i spokojny, jak morze w bezwietrzny dzień. Zaraz… czy on powiedział kolacja ? Czy… Czy mają na myśli ludzi ? Serce zaczęło bić szybciej, a oddech był szybki i nierówny. Mężczyzna przeniósł wzrok z Damiena na mnie. – Nie martw się, nie miałem na myśli ciebie. Damien zabronił nam się zbliżać do ciebie nawet na krok. – mrugnął do mnie okiem. Spojrzałam na Damiena z zaskoczeniem. Wyglądał tak jak by chciał zabić gościa wzrokiem. Później wypuścił powili powietrze z płuc. I znowu przybrał maskę, która nic nie wyrażała. Puścił moje ręce i ruszył w kierunku drzwi.
- Dobrze chodźmy – patrzyłam jak odchodzi. Przy wyjściu odwrócił się – Lepiej nie wychodź z tego pokoju, nie wiadomo co innym może przyjść do głowy. Niedługo powinna przyjść Emily i przynieść ci parę ubrań. A do tego czasu nie wychodź z pokoju. – patrzyłam na niego osłupiała jak zamyka drzwi. Inni ? Czy jest ich więcej ? I gdzie ja w ogóle jestem ? Stałam tak chyba z pięć minut wpatrzona w drzwi przez, które wyszedł Damien. Później nogi się pod de mną ugięły. Łzy skapywały mi na zaciśnięte dłonie. Zacisnęłam zęby. W co ja się wpakowałam…



Nie wiem ile czasu minęło, ale księżyc nie był w centralnej części nieba, lecz powoli zbliżał się ku ziemi. Spróbowałam wstać. I co teraz ? Podeszłam do okna i dotknęłam go prawą dłonią. Było grubsze niż normalne szyby. Nie wiem czy udałoby mi się je rozbić. Spojrzałam na krzesło. Pokręciłam głową. Nie, nie ma szans. Oparłam się o okno plecami. Zaczynało świtać, teraz pokój mogłam lepiej zobaczyć. Kwadratowe pomieszczenie w kolorze beżu, parę wiszących obrazów. W lewym rogu stało drewniane biurko. Podeszłam do niego i otworzyłam szuflady. Nic. Pusto. Zamknęłam szuflady i rozglądałam się dalej. Naprzeciwko drzwi stało duże łóżko. Pościel była jednolita w kolorze ekri. Pod nim rozkładam się frędzlowaty, czerwony dywan, który pasował do czerwonych, ogromnych zasłon okiennych. Obok łóżka, po prawej stronie stała szafa. Otworzyłam ją. Pustka. Wisiało tylko kilka wieszaków. Po prawej stronie szafy stały drzwi, były lekko uchylone i po tym co udało mi się dostrzec to była łazienka. Podeszłam do nich i zaczęłam szukać włącznika światła. Zrobiło się jasno, musiałam więc przymrużyć oczy aby się przyzwyczaiły. Weszłam do środka. Znajdowała się tam posadzka z jasnych płytek i marmurowe półki. Nie była to ogromna łazienka, ale do małych też się nie zaliczała. Przesunęłam dłonią po zimnych kamiennych półkach. Nad umywalką, pomiędzy kolistym lusterkiem były powieszone dwa małe naścienne lampki, a na środku pokoju piękny, duży żyrandol. Ściany były w kolorze jasnej szarości. Stało tu parę roślin i duża, narożna, biała wanna, obudowana w ciemne płytki. Odkręciłam kran. Chciałam sprawdzić czy mają tu ciepłą wodę. Po chwili można było dostrzec unoszącą się parę. Może łazienka nie była super wyposażona, ale robiła duże wrażenie.
- Oh, już nie śpisz. – na głos kobiecego głosu podskoczyłam, a z gardła wydał mi się cichy pisk. Odwróciłam się przodem by zobaczyć kto to, choć nie musiałam zgadywać kto przyszedł mi z wizytą. – Wybacz, że cię przestraszyłam – zapewniała Emily, musiałam mieć oczy jak orbity. Przestraszyła mnie na śmierć. Serce waliło mi jak młot. Była ubrana w zieloną sukienkę sięgająca do kolan. Na nogach miała na niskim obcasie buty koloru złota. Na szyi wisiał długi, czarny łańcuszek. Damnien powiedział, że już się obudziłaś i kazał przynieść ci jakieś czyste ubrania. – wszystkie mięśnie napięły mi się słysząc imię Damiena, znowu zaczęłam gotować się w środku. Zacisnęłam zęby. Kobieta widząc moja wściekłość odparła – Wybacz, jeżeli powiedziałam coś nie tak. – przechyliła lekko głowę na bok. Wzięłam głębszy oddech by się rozluźnić.
- Nie to nic, po prostu bardzo dużo rzeczy zmieniło się w tak krótkim czasie. Nie potrafię pogodzić się jeszcze z tym co się stało.
-Spokojnie – położyła mi swoją rękę na moim barku, jakby chciała mnie jakoś pocieszyć – wiem, że jest ci ciężko po takim… - w tym momencie coś we mnie pękło, zrzuciłam jej rękę z mojego ramienia.
- Nie ! Właśnie nic nie wiesz ! Jak możesz wiedzieć ?! Straciłam swoich przyjaciół, dom rodzinę ! Całą swoją przeszłość ! Jestem teraz nikim ! Nie mam nic ! Trzymacie mnie tutaj jak jakiegoś więźnia ! Dlaczego po prostu mnie nie zabijecie ?! Dlaczego nie zakończycie tego co zaczęliście ?! Co jest we mnie takiego, że nadal trzymacie mnie przy życiu ? – zaczęłam krzyczeć na całe gardło, cała się trzęsłam.
- Wiem tyle co ty. – odpowiedziała Emily spokojnym głosem, patrząc mi głęboko w oczy, jakby ten wybuch agresji był zwykła pogawędką , cóż oczywiście nie musi się niczego bać, bo i tak z całą pewnością powaliła by mnie jednym ciosem na ziemię. Przypominałam sobie z jaką siłą Damien odrzuciły wtedy tą kobietę pod drzewem – To Damien cię wtedy uratował. Wykrwawiłabyś się na śmierć, ale on uparł się by zabrać cię do nas i wyleczyć. Mięliśmy znikłe szanse byś przeżyła. – po tych słowach przeszedł mnie po całym ciele dreszcz, ale Emily kontynuowała jakby tego nie zauważyła – Umierałaś, straciłaś dużo krwi, a jednak żyjesz. Powinnaś raczej podziękować Damienowi, za to, że cię uratował, że dał ci drugą szansę, może to nie są wymarzone komforty , ale pomyśl, czy tego nie chcieli by twoi rodzice ? Byś żyła ? – po tych słowach spuściłam głowę, wzrok utkwiłam w posadzce.
- Moi rodzice… - wyszeptałam, po tych słowach zauważyłam, że płaczę. Kontem oka dostrzegłam drgnięcie dłoni Emily, przez chwilę się zawahała czy mnie dotknąć. Po chwili poczułam znów dłoń na swoim ramieniu.
-Wiem, że jest to dla ciebie trudne, Roza – po wymówieniu mojego imienia przeszedł mnie kolejny dreszcz. W jej głosie było tyle miłości… Nie wiem jak mogłam na nią krzyczeć, była taka miła i dobra. Nie chciała dla mnie źle, wręcz przeciwnie – Naprawdę mi przykro, ale nie potrafię cofnąć czasu. – podniosłam na nią wzrok. Emily uśmiechnęła się i rozłożyła ręce – No chodź – chwilę się zawahałam, ale później zwyciężyła potrzeba bliskości drugiej osoby. Rzuciłam się na nią płaczem, jedna ręką delikatnie poklepywała mnie po plecach, a drugą głaskała po włosach. Szeptała mi do ucha Wszystko będzie dobrze, wszystko będzie dobrze… Ale wiedziałam, że już nic nie będzie takie same. Trudno jest się pogodzić z utrata bliskich. Gdy już się trochę uspokoiłam, odgarnęła mi włosy z twarzy i uśmiechnęła się. – Mam dla ciebie parę fajnych, nowych rzeczy. Wzięłam mnie za rękę i pociągnęła w kierunku sypialni. Usiadłam na łóżku, a Emily stanęła na środku pokoju. Zaczęła wyjmować parę jeansów, koszulek, T-shirtów, tunik i wiele innych ubrań. Miała ze sobą dość sporą torbę, delikatnie mówiąc. – O ! To będzie wspaniale pasować do tych jeansów i do twoich oczu. Wyjęła niebieska tunikę. Przy dekolcie była specjalnie pomarszczona, a po środku był zaczepiony srebrny wisiorek. Następnie Emily przyłożyła ja do jasnych rurek, które trzymała w drugiej ręce – Co ty na to ? Ah ! No i buty oczywiście ! – znowu sięgnęła do dużej torby. Ile tam było jeszcze rzeczy ? – Wolisz na płaskim obcasie czy raczej wysokim ? – uśmiechnęła się szeroko. Gdy wyjęła te na wysokim to, aż zabrakło mi mowy. Nie wiem czy mogłabym się w ogóle w takich poruszać. Za to te na płaskim było skromne, ładne, ciche i na pewno nie bałabym się o to, że zaraz się przewrócę.
- Em… Emily, czy ty aby trochę nie przesadzasz ?
- No dobrze, nie ma sprawy – uśmiechnęła się do mnie – Przecież nie idziesz na wybieg – mrugnęła do mnie okiem. Przez głowę przeszła mi jedna myśl. Spoważniałam.
- Dlaczego to robisz ? – spytałam się. Emily wydała się zaskoczoną moim pytaniem. Odłożyła torbę na bok i usiadła obok mnie. Wyglądała tak, jakby odpowiedź dla niej była zupełnie jasna.
- Nie chcę byś czuła się jak obca osoba. Straciłaś swój dom oraz bliskie ci osoby, ale teraz to jest twój nowy dom, twoje życie zaczyna się na nowo. Chcę ci pomóc, byś nie czuła się samotna. Wiem jak to jest być nowym w zupełnie obcym dla ciebie otoczeniu – uśmiechnęła się – nie chcę byś i ty przechodziła przez to co ja. Miło jest mieć kogoś kto cię wspiera. – jeszcze bardziej się uśmiechnęła, jej twarz, aż promieniała we słońcu… Zaraz… We słońcu !
- O boże Emily ! – szybko pobiegłam zasłonić okno ciężkimi zasłonami, zapominając o tym co przed chwilą powiedziała – Nic ci nie jest ? Byłaś we słońcu, a przecież… - usłyszałam za sobą jej śmiech, myślałam, że zaraz pęknie.
- Oh Roza – pokręciła głową – naprawdę wierzysz w te historyjki ? Ten mit o tym, że wampiry po zetknięciu się ze światłem dnia, zmieniają się w popiół, to bajka, tak samo jak z czosnkiem, spaniem w trumnach, drewnianymi kołkami czy  z tymi symbolami boskimi. – wstała i zaczęła iść w moim kierunku. Położyła mi rękę na prawym barku i szepnęła do ucha – Prawie. – znowu wybuchła śmiechem, musiałam wyglądać, tak jakbym zobaczyła UFO – No przecież żartuję, nie skrzywdziłabym cię. – poklepała mnie leciutko po ramieniu – Musisz się jeszcze wiele nauczyć. Ah ! – nagle gwałtownie się odwróciła –Wypadło mi z głowy, mam przecież lekcje ! Prawdopodobnie już na mnie czekają. – zaczęła iść szybkim krokiem w kierunku drzwi – Aha, prawdopodobnie wpadnę do ciebie gdzieś około godziny 18, w torbie masz zegarek, trochę jedzenia i parę książek jak byś była głodna oraz dla zabicia czasu. No to do zobaczenia !
- Emily, nie ! Czekaj ! – niestety już jej nie było. Zaraz lekcje ? Czy ja dobrze usłyszałam ? Czy oni tu uczą wampirów ? Wyobrażam sobie lekcje typu :”Jak kąsać swoje ofiary.” Lub „Najlepsze miejsca na polowania.” Usiadłam na łóżku. Ale ten świat jest dziwny, jeszcze wczoraj nie uwierzyłabym, że wampiry naprawdę istnieją. A teraz przyjaźniłam się jednym z nich. Muszę się jeszcze wiele nauczyć…

*****************************

No więc tak, trochę mi to zeszło z napisaniem tego II rozdziału. Gdyby nie szkoła było by wcześniej x3
Przepraszam jak coś za błędy interpunkcyjne, ortograficzne i styl. Szczerze mówiąc nie jestem dobra z polaka xD  Zmieniłam też troche wygląd strony, bo tamten był zbyt smętny. xD